Ledwo jako tako oswoiliśmy się z Internetem Rzeczy, a ten systematycznie i nieubłaganie przeistacza się w Internet Wszechrzeczy. Według optymistycznych prognoz już w całkiem nieodległej przyszłości, bo w 2020 roku, w użyciu ma być około 20 miliardów urządzeń podłączonych do Internetu. Według prognoz pesymistycznych ma być ich dwa razy więcej… I choć wciąż nie wiadomo, czy z tego powodu powinniśmy się cieszyć, czy raczej obawiać, te liczby robią wrażenie.

Rzeczy, które nosimy przy sobie i na sobie; przedmioty, którymi się otaczamy i którymi meblujemy domy; samochody, którymi jeździmy – wszystko obowiązkowo musi być „smart”. Producenci prześcigają się w udziwnianiu najprostszych urządzeń użytku domowego – byle tylko dało się nimi sterować za pomocą smartfona, co prowadzi do nieuniknionych absurdów. Kawusia? Jeśli komuś nie chce się podnieść tyłka sprzed telewizora, aby włączyć w kuchni ekspres do kawy, to czemu nie – niech sobie sprawi kawiarkę z Internetem. Kto bogatemu zabroni? Natomiast „inteligentna” sokowirówka za 700 dolarów, która działa tylko z dedykowanymi, dostarczanymi przez kuriera pakietami owoców, to już chyba lekka przesada. Jej niezaprzeczalną zaletą jest to, że można ją włączyć przez Internet, ale niestety są też minusy – aby napić się soku po 10 dolców za szklankę, wciąż jeszcze trzeba pofatygować się osobiście do cudownej sokowirówki. Prace badawcze trwają, być może w następnej wersji producent zaoferuje również bezprzewodowy transfer soku. Na drugim końcu listy absurdów znajdziemy podłączone do sieci klamerki do bielizny, monitorujące na bieżąco prognozę pogody, siłę wiatru, nasłonecznienie i stan wilgotności prania, dzięki czemu smartfon poinformuje nas w odpowiedniej chwili, że nasze gatki są już idealnie suche i gotowe do zdjęcia ze sznurka. Można się śmiać, ale jeśli ta patologia pójdzie dalej, wkrótce nie spuścimy wody bez zalogowania się do łazienkowej sieci WiFi :)

Chcemy, czy nie chcemy, powoli stajemy się osaczeni przez sieć wszechobecnych czujników, kamer, mikroprocesorów i innych elementów Internetu Wszechrzeczy, który śledzi naszą prywatność, preferencje, dane osobowe czy geolokalizacyjne, aby zasilać nieustanny strumień informacji, płynący pomiędzy serwerami we wszystkich zakątkach świata. Oczywiście dla naszego dobra… Sami się w to pakujemy, kupując kolejne smartfony, smartwatche i opaski, inteligentne telewizory, domy, samochody czy inne cudowne zabawki cyfrowej ery. I jak to w życiu bywa, ta permanentna inwigilacja ma swoje dobre i złe strony. Automatyczne prowadzenie samochodu do najbliższego wolnego miejsca parkingowego w zatłoczonym, obcym mieście to całkiem fajny pomysł. Ale już ciężko pogodzić się z sytuacją, gdy sztuczna inteligencja sklepu rozpoznaje od wejścia twarze stałych klientów, zwraca się do nich po imieniu i wysyła na ich telefony starannie wyselekcjonowaną ofertę, opartą na historii zakupów i osobistych preferencjach. A co, jeśli masz ochotę na coś ekstra, o czym nie powinna się dowiedzieć żona? Coraz bliższy jest moment, że trzeba będzie robić zakupy w masce gazowej.

Internet Rzeczy z założenia miał ułatwiać życie i czynić je prostszym. Nie zawsze jednak podłączenie Rzeczy do Internetu automatycznie oznacza podniesienie komfortu. Przekonali się o tym zamarzający na kość użytkownicy inteligentnych termostatów Nest, które nagle straciły całą swoją inteligencję po aktualizacji oprogramowania, a temperatura w domach spadła równie szybko, jak IQ krzemowego móżdżku. To tylko jeden przykład. A im większy i bardziej rozbudowany system, tym boleśniejsze bywają skutki awarii któregoś z elementów. Wystarczy głupia usterka w oprogramowaniu albo hakerski atak, a po powrocie z wakacji znajdziemy swój inteligentny dom otwarty na oścież, z basenem przepompowanym do sypialni.

Inteligentny dom z łączem do Internetu to gliniana twierdza podatna na atak wirusów, kradzież danych czy szpiegowanie. Na cholerę komu wiedzieć, że w naszej lodówce kończy się kaszanka, kot właśnie zapaskudził kuwetę, a w piwnicy przepaliła się żarówka? Smart TV w sypialni może działać w obie strony – widzi nas tak samo dobrze, jak my jego – wszak ma kamerkę do sterowania gestami. Jak wiadomo, nie wszystkie gesty nadają się do publicznego pokazywania, a przy odrobinie złej woli jakiegoś dowcipnisia możemy nieświadomie stać się lokalnymi bohaterami, gdy nasze prywatne reality show trafi do Internetu. Godząc się na monitorowanie aktywności życiowych – na przykład snu – na własne życzenie dajemy się odzierać z prywatności. Rano, nawet bez pomocy inteligentnego łóżka wiemy, czy się dobrze wyspaliśmy i z kim, a jeśli najdzie nas chętka, możemy o tym porozmawiać z psiapsiółką. W cztery oczy. Nie ma powodu, aby te informacje trafiały gdzieś do Internetów. Efekt będzie tylko taki, że następnego dnia nasz komputer zostanie zaspamowany reklamami ziółek na sen, producentów materacy i specjalistów do feng-shui.

Internet Rzeczy to istna beczka miodu z niewielką łyżką dziegciu. Żadna technologia nie jest doskonała. Możemy odczuwać radość i fascynację z tego, że zdalnie włączamy pralkę, sokowirówkę albo automatyczny odkurzacz nawet podczas wakacji na drugim końcu świata. I co z tego? I tak trzeba będzie potem zadzwonić do szwagra, który ma zapasowe klucze od domu, aby powiesił pranie (oczywiście na inteligentnych klamerkach) i wymienił zapchany worek w odkurzaczu. A za fatygę może się napić soku po 10 dolców za szklankę…

 

 

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • LinkedIn