Za jedno z największych zaskoczeń tej jesieni niewątpliwie można uznać niską popularność i słabe tempo adopcji iOS 8. Nowy system operacyjny Apple wystartował niczym jamajski sprinter z petardą w majtkach, po czym nagle wyhamował, jakby w połowie bieżni natrafił na Wielki Kanion. Po osiągnięciu we wrześniu 46%, adopcja praktycznie stanęła w miejscu – w październiku przybył zaledwie 1%. Złośliwi twierdzą, że nawet proces adopcji sierot po czarownicach w średniowieczu miał lepsze wskaźniki… Coś nie wyszło?

Jak dotąd, kolejne wersje systemów operacyjnych Apple słynęły z błyskawicznego tempa adopcji przez klientów firmy. Nic dziwnego – po pierwsze i tak nie mają żadnej alternatywy, a poza tym większość użytkowników iOS z niewiadomych powodów wciąż wierzy w to, że kolejna wersja systemu okaże się choć w części taka cudna, jak to obiecuje Apple. Tym razem również. Każdy skrycie liczył na to, że iOS 8 rozwiąże problemy i usunie usterki starej wersji, a jeśli nie, to przynajmniej będzie można odetchnąć od cukierkowego wyglądu poprzednika. A gdzie tam…

Niebo najwyraźniej nie sprzyjało fanom Apple, a pierwsze ciemne chmury zwiastowały totalny armageddon, który wkrótce miał nawiedzić najbardziej dopracowany ekosystem świata. Zaczęło się tradycyjnie – po przesiadce na iOS 8 ajfoniarze jak zwykle odkryli, że WiFi działa wtedy kiedy chce, system w błyskawicznym tempie drenuje baterię, a ogólna wydajność sprzętu przypomina prom rzeczny na korbę. A to był dopiero początek kłopotów.

Apple ruszyło z odsieczą, publikując zrobioną na kolanie aktualizację systemu do wersji 8.0.1, która zwyczajowo przybrała formę rosyjskiej ruletki. Jak się okazuje, wyjątkowo szczodrze nabitej – tym razem trupem padły Bluetooth i TouchID oraz funkcje telefoniczne, wskutek czego iPhony funkcjonalnością zaczęły przypominać iPody. Apple w panice wrzuciło bieg wsteczny, wycofało felerną aktualizację i zastąpiło ją wersją 8.0.2, której największym znanym sukcesem było skasowanie niektórym użytkownikom dokumentów iWork z chmury iCloud. Radości i podziękowaniom nie było końca. Na ósmy cud świata trzeba będzie zaczekać do czasu iOS 9…

Windows 10 beta, czyli permanentna inwigilacja

Microsoft najwyraźniej postanowił pobić konkurencję na numerki i wysunąć się na prowadzenie o dwie długości, bo znienacka, z pominięciem dziewiątej odsłony, do testów udostępniono beta-wersję Windows 10. Czyżby coś przegapili po drodze?
Jak się okazuje, ci, którzy dostąpili zaszczytu udziału w ogólnoświatowych testach nowego systemu z Redmond, muszą się liczyć ze sporym narażeniem na szwank swojej prywatności i z ryzykiem wyjścia na światło dzienne różnych wstydliwych sekrecików.

Windows 10 zapowiada się bowiem na bezwzględne i bezkompromisowe narzędzie do inwigilacji userów. Interesuje go wszystko – począwszy od konfiguracji i kondycji komputera, poprzez otwierane programy i strony internetowe, książki adresowe, historię wyszukiwania i wpisywane hasła do banku oraz portali randkowych, aż po rejestrację konwersacji z Cortaną. Aha, i jeszcze mamy ciągły podsłuch użytkownika w oczekiwaniu na komendy głosowe. Do kompletu brakuje tylko nisko latających satelitów i czarnej furgonetki bez szyb czającej się pod domem…

Wszystkie te warunki korzystania z Windows 10 są opisane w umowie licencyjnej, więc inwigilacja teoretycznie odbywa się za wiedzą i zgodą użytkownika, ale znacie kogoś, kto czyta umowy do końca? Gdy już zdecydujecie się na taki cyfrowy ekshibicjonizm, musicie jeszcze pamiętać, że wszystkie te skrupulatnie zebrane dane są wysyłane na serwery Microsoftu – oczywiście w celu poprawy działania finalnej wersji Windows 10. No cóż, gdy pomyśleć o niedawnej aferze z wyciekiem fotek rozebranych celebrytek z iCloud, to włos jeży się na pośladkach. No, chyba, że nie jesteście celebrytami – wtedy nie ma żadnego zagrożenia :)

Wydaje się więc, że testy nowych Windows 10 to zadanie wyłącznie dla samobójców. Ale czego nie robi się dla dobra ludzkości? Wyjścia są dwa. Można nie kozakować, mówić tylko szeptem i ograniczyć się do pasjansa, Excela oraz zaglądania na stronę www Gościa Niedzielnego. Albo pójść na całość i liczyć na to, że programiści z Redmond (zapewne tarzając się ze śmiechu) skorzystają z tych rewelacji do udoskonalenia i optymalizacji systemu. Kto wie, może dzięki temu strony porno wreszcie będą się szybciej otwierać?

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • LinkedIn