Czy da się pojechać na wakacje, całkowicie rezygnując z dostępu do Sieci, wymiany informacji, obecności na kołchozach społecznościowych i korzystania z multimediów? Nie jest to proste zadanie, ale zawsze warto spróbować.

Dlatego w tym roku, wiedziony instynktem samozachowawczym, nie zabrałem na wakacje laptopa – aby uniknąć wszelkich pokus i mieć niepodważalny argument dla klientów, którzy są święcie przekonani, że mój urlop to idealna pora, żeby machnąć jeszcze „parę drobnych poprawek” w projektach, które zamknąłem przed wyjazdem. Jeśli chodzi o multimedia, wziąłem tylko książki na czytniku e-booków i gitarę. No i niestety smartfona…

Chociaż jesteśmy w stanie zrezygnować z różnych technologicznych udogodnień, to telefon jest tą ostatnią smyczą łączącą nas ze światem – cywilizacyjnym uzależnieniem, od którego najtrudniej nam się uwolnić. Wystarczyły dwie dekady obecności telefonii komórkowej w Polsce, aby ilość aktywnych kart SIM przekroczyła liczebność populacji, a telefon stał się jedyną rzeczą, bez której nie potrafimy wyjść z domu, wybrać się na wycieczkę do lasu czy pójść na plażę. Bez portfela, zegarka, nawet bez bielizny – proszę bardzo! Ale nie bez telefonu…

Nie jest łatwo spędzić wakacje w całkowitym oderwaniu od łączności ze światem. Nawet jeśli uprzedzimy o swojej niedostępności całą rodzinę, znajomych i pracodawcę, zapewniając sobie odrobinę prywatności podczas wypoczynku, to i tak w leśnych ostępach znajdą nas konsultanci z naszego banku, wciskający przez telefon kredyt na prywatny odrzutowiec i ubezpieczenie od zalania mieszkania albo telemarketerzy z ofertą autokarowej wycieczki do Częstochowy, połączonej z darmowym badaniem prostaty i prezentacją tytanowych garnków.

Można oczywiście nadludzkim wysiłkiem woli wyłączyć telefon i napawać się faktem, że od tego momentu najbardziej skomplikowanym urządzeniem elektronicznym, z jakim będziemy mieć do czynienia, będzie licznik rowerowy albo kasa fiskalna w leśnym barze, gdzie kupujemy lody, gofry, oscypki, rybkę prosto z morza czy inne lokalne specjały. Tylko jak długo można wytrzymać bez robienia selfie i zaglądania na Fejsa?

Dlatego na wakacje warto wybierać miejsca, w których brak takich technologicznych pokus. Uchowało się jeszcze w Polsce parę białych plam na cyfrowej mapie, gdzie nie sięga mobilny Internet, a czasami nawet sieć komórkowa, ale nawet w tak pięknych okolicznościach przyrody decyzja o całkowitym cyfrowym wykluczeniu jest równie trudna, jak podjęcie okupacyjnego strajku głodowego w całodobowym McDonaldzie. Trzeba do tego siły charakteru na miarę Roalda Amundsena, choć prawdę mówiąc, z racji stanu ówczesnej techniki ten zdobywca bieguna południowego miał o wiele łatwiejsze zadanie :)

Oczywiście nie wszyscy godzą się na taki stan rzeczy. Są tacy, co chcieliby równocześnie być w lesie i mieć szerokopasmowe WiFi. Dlatego nieodmiennie w takich miejscach śmieszą mnie hipsterzy i inne sieroty po Internecie, obijające się o drzewa ze smartfonami w wyciągniętych w górę rękach i rozpaczliwie szukające zasięgu, aby wysłać na Instagrama świeżo zrobione fotki swojego śniadania albo pilnie poinformować swoich znajomych na Fejsie, którą nogą wstali z łóżka. Na szczęście, gdy zawodzi technika, zawsze pozostaje jeszcze optyczne zaznaczanie swojej alternatywności – np. chodzenie z wełnianą skarpetą na głowie przy 30 stopniach upału…

A przecież można żyć bez Internetu. Można powściągnąć natręctwo sprawdzania maila kilkanaście razy dziennie. Można się nie zadręczać ściąganiem przez EDGE (pamiętacie jeszcze taki standard transmisji komórkowej?) danych dla animowanego widgetu pogodowego, a zamiast tego spojrzeć w niebo i przekonać się, jak jest naprawdę. Można zrezygnować ze Spotify czy YouTube – a nuż do pobliskiego leśnego amfiteatru przyjedzie na występy Krzysztof Krawczyk – Steven Seagal polskiego szołbiznesu :) Można zignorować stojący w wakacyjnej kwaterze telewizor, albo przynajmniej z pełną premedytacją omijać wszelkie wiadomości i kanały informacyjne (przy dostępie do zaledwie 3 programów nie jest to na szczęście trudne).

Oczywiście tkwi w tym pewien haczyk. Odcięcie od informacji jest cudowne i fantastycznie wpływa na komfort wypoczynku, ale trzeba mieć naprawdę mocne nerwy, żeby po powrocie z cyfrowej banicji pogodzić się z faktem, że stolica została przeniesiona do Włoszczowej, premier ma znowu metr sześćdziesiąt wzrostu, a w Radomiu właśnie ruszyła budowa trzeciej linii metra. No, ale jak to w życiu bywa – coś za coś…

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • LinkedIn