Microsoft  zaprezentował właśnie swoje nowe smartfony Lumia, które ponownie przypomniały mi o zjawisku, jakie nieraz już opisywałem, nie szczędząc mu słów krytyki. Chodzi oczywiście o bezsensownie wysoką rozdzielczość wyświetlaczy.Dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach zimnej wojny pojawił się termin „overkill”, określający, ilokrotnie można by uśmiercić każdego mieszkańca Ziemi za pomocą megaton atomowego arsenału, zgromadzonego przez rywalizujące mocarstwa podczas wyścigu zbrojeń. Tak jakby raz było mało… A teraz, od paru lat, mamy do czynienia z kolejnym, równie durnym wyścigiem – tym razem na megapiksele, upychane przez rywalizujących producentów w wyświetlaczach kolejnych generacji urządzeń.

Najsłynniejszym produktem, który wytyczył ten idiotyczny trend, był oczywiście iPhone 4, zaprezentowany jako pierwsze na świecie urządzenie z wyświetlaczem Retina, oferującym gęstość pikseli na poziomie 300 ppi. Wedle badań naukowych 300 ppi to faktycznie kres możliwości percepcji ludzkiego oka, więc dla świętego spokoju możemy uznać, że geniusze z Cupertino dosięgli ideału. Padł rekord. A potem stało się coś dziwnego – konkurencja przyjęła wyzwanie i zaczęły się pojawiać wyświetlacze o coraz wyższej rozdzielczości, choć na zdrowy rozum dalsze eksplorowanie tej granicy jest równie sensowne, jak usiłowanie podniesienia zawartości cukru w cukrze albo próba upędzenia spirytusu o mocy 130%… No, ale gdzie tu szukać zdrowego rozsądku, gdy w ruch poszła obłędna marketingowa machina?

Upchnięcie przez Microsoft rozdzielczości 2560×1440 pikseli na 5,2-calowym ekranie Lumii zaowocowało gęstością na poziomie 562 ppi. Kompletny „overkill” – toż to niemal dwukrotnie więcej, niż jesteśmy w stanie zobaczyć nieuzbrojonym okiem! No, chyba że nosimy hipsterskie pingle, zrobione z denek od słoików po pieczarkach w zalewie octowej… Ja rozumiem, że to się da zrobić , że to technicznie możliwe, tak samo jak wyrzeźbienie konnego pomnika Angry Birds w ziarnku maku – ale po co, dla kogo? To ma być elektronika konsumencka czy marketingowy wyścig na cyferki?

Zastanawia mnie, co sprawia, że dajemy sobie wciskać gadżety, z których nie mamy żadnego pożytku.  Gdyby ktoś chciał sprzedać wam za grube pieniądze płytę CD z nagraniami utworów wykonywanych w niesłyszalnym dla człowieka paśmie powyżej 20 kHz, to uznalibyście go za hochsztaplera i naciągacza. A telefony z niewidocznymi dla ludzkiego oka pikselami idą jak świeże bułeczki…

Coraz częściej płacimy krocie za coś, czego nie jesteśmy w stanie fizycznie skonsumować. Ponosimy nie tylko koszty opracowania i wdrożenia nikomu niepotrzebnej technologii przez rywalizujących producentów z przerośniętą ambicją, ale też niedogodności codziennej eksploatacji. Baterie naszych telefonów i tabletów są drenowane z zabójczą prędkością przez procesory graficzne o ogromnej mocy obliczeniowej, potrzebnej aby obrobić i wyświetlić z przecudną dokładnością i precyzją piksele, których nie sposób zobaczyć. I hajda dwa razy dziennie z ładowarką do kontaktu!

Zjawisko jednak nie kończy się na smartfonach, tabletach czy smartwatchach. O ile można jeszcze zrozumieć potrzebę podniesienia rozdzielczości w urządzeniu, które codziennie użytkujemy na odległość wyciągniętej ręki albo podtykamy sobie pod nos, to na litość św. Łucji, patronki okulistów – na cholerę nam  poczwórne 4K (7680×4320 pikseli) w telewizorze oglądanym z odległości kilku metrów? A taki właśnie telewizor z dumą pokazała firma Sharp na niedawnych targach IFA. Konia z rzędem (ew. konny pomnik Angry Birds) temu, kto zobaczy te piksele, siedząc na kanapie! No, chyba że podczas oglądania z wypiekami na twarzy „Trudnych Spraw” na Polsacie nigdy nie rozstajecie się z zeissowską lornetką albo podręcznym teleskopem astronomicznym…

Zanim więc pobiegniecie do sklepu, aby kupić nowy smartfon Quad HD albo telewizor 4, 8 czy 16K, zastanówcie się, czy to ma sens. Prawda jest taka, że jedynym, kto będzie miał frajdę z istnienia takiego wyświetlacza i realną szansę zobaczenia tych pikseli, będą muchy łażące po ekranie. Naprawdę chcecie robić taki prezent muchom?

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • LinkedIn